Rozdział 21 — Znowu źle

Rozdział 21 — Znowu źle

Say something, I’m giving up on you. I’m sorry that I couldn’t get to you.” — A Great Big World, Christina Aguilera (Say Something)

Całą niedzielę spędziłam nad książkami i nie działo się nic nadzwyczajnego poza tym, że odwiedziła mnie sowa profesora eliksirów, przynosząc zaproszenie na bal walentynkowy. Odesłałam ją z negatywną odpowiedzią, jednocześnie szukając sobie wymówki, jakiej będę mogła użyć, gdy mężczyzna zatrzyma mnie po najbliższej lekcji eliksirów. Mimo tego, co nagadał mi Black, nie miałam nic do imprez Slughorna, a samego mężczyznę wciąż darzyłam sympatią, lecz, jak na bal walentynkowy przystało, trzeba było przyjść tam z osobą towarzyszącą. Nie chciałam znów dręczyć biednego Remusa, a Regulus podał mi już powody, dla których nie pokaże się ze mną publicznie. Z kolei Potter przepadł gdzieś bez śladu, a po naszej ostatniej konfrontacji i tak za żadne skarby świata nie wzięłabym go ze sobą.

Oczywiście myślałam o całej tej sytuacji do późnej nocy i rano obudziłam się padnięta. Jakimś cudem umknęła mi również data, więc byłam wielce zaskoczona, kiedy Dorcas uściskała mnie z ogromnym uśmiechem na twarzy i wepchnęła w dłonie pudełko z kokardą na wierzchu. Nawet Marie i Kate wysiliły się na złożenie mi życzeń. Alicji nigdzie nie było widać; musiała wstać wcześniej od nas lub po prostu nie wróciła na noc. Zauważyłam ten fakt, lecz nie zwróciłam na niego większej uwagi.

Zapomniałaś, prawda? — zapytała z rozbawieniem Dorcas, gdy z niepewną miną podziękowałam za życzenia i prezent.

Odrobinę — odparłam i uśmiechnęłam się lekko.

Pół godziny później dotarłyśmy do Wielkiej Sali, a moja torba była cięższa o nową książkę, którą dostałam od przyjaciółki. Co roku dostawałam od Dorcas książkę na urodziny i co roku nie mogłam się nadziwić, jak dobrze dziewczyna zna mój gust literacki. Usiadłyśmy przy stole i kilka osób z uśmiechem złożyło mi życzenia. Rozejrzałam się w miarę dyskretnie, lecz nie zauważyłam nigdzie Huncwotów. Sama nie wiedziałam, czy czuję ulgę, czy może raczej jestem zawiedziona.

Rany, ale jestem głodna — jęknęła Meadowes, ładując sobie na talerz ogromną porcję jajecznicy.

Spojrzałam na nią z lekką zazdrością, czując, że mój żołądek skręca się z głodu, lecz postanowiłam nie ulegać pokusie i trzymać się rygorystycznej diety, którą sama sobie narzuciłam. Zamiast po talerz sięgnęłam więc do torby po książkę i, starając się nie myśleć o głodzie, skupiłam na niej uwagę. Kilka minut później całkowicie oderwana od rzeczywistości dostałam mikro ataku serca, gdy ktoś zasłonił mi od tyłu oczy.

Zgadnij kto, rudzielcu — zaświergotał mi do ucha znajomy głos i już wiedziałam, że ten dzień będzie katastrofą.

Musiałeś wrócić, prawda, Black? — zapytałam zrzędliwie, za nic nie chcąc pokazać po sobie ulgi, którą wewnątrz odczuwałam. — Dowiedziałeś się, jak cudowna jest bez ciebie ta szkoła i postanowiłeś wrócić to zepsuć?

Rozgryzłaś mnie — rzucił z idiotycznym uśmiechem Syriusz i rozsiadł się bezceremonialnie obok mnie, nakładając sobie na talerz górę jedzenia porównywalną do Mounte Everestu.

Popatrzyłam na to z irytacją i, nim mój brzuch znów zdążył dać o sobie głośno znać, schowałam książkę do torby, po czym podniosłam się na nogi i ruszyłam w stronę wyjścia. Niestety gapienie się wszędzie tylko nie przed siebie nie jest dobrym nawykiem i, co niedziwne, musiałam kogoś stratować. Poczułam, że czyjeś silne dłonie powstrzymują mnie od upadku, a kiedy spojrzałam w twarz mojego wybawiciela, moje serce nagle oszalało. No cóż, tym razem przynajmniej nie był to Regulus.

Ja też się cieszę, że cię widzę — stwierdził James z uśmiechem majaczącym na twarzy.

Przez krótką chwilę walczyła we mnie chęć ucieczki z potrzebą przyparcia go do najbliższej ściany i wpicia się w jego usta. Zamrugałam i poczułam, że krew napływa mi do policzków.

Dobrze się składa, że na mnie wpadłaś. Mam dla ciebie prezent.

Wielkie dzięki, nie trzeba. Możesz go oddać do sklepu — odparłam, kiedy wreszcie zebrałam się do kupy.

Jakoś wciąż nie mogłam zapomnieć o uczuciu upokorzenia, jakie czułam, kiedy James powiedział, że nie chce się ze mną spotkać. Wyminęłam go i podjęłam przerwany spacer pod salę lekcyjną. On jednak, jak na złość, nie mógł sobie odpuścić i ruszył za mną. Przyspieszyłam mało subtelnie kroku, co również spotkało się z jego reakcją.

Evans! Evans, czekaj!

Na Merlina, jeszcze kilka dni temu nie miał problemów, żeby posłać mnie do diabła, nie mógł teraz zrobić tego samego?!

Odwal się, Potter! — warknęłam, nie zwalniając.

Poczułam, że łapie mnie za łokieć i mało delikatnie przyszpila do ściany. Uderzyłam w nią boleśnie, lecz zacisnęłam zęby, nie chcąc nic po sobie pokazać. Spojrzałam mu hardo w twarz i dostrzegłam na niej irytację. On również zaciskał zęby, choć w jego przypadku było to raczej spowodowane złością. Brwi miał ściągnięte, a rysy twarzy napięte, co jednak nie odbierało mu urody. Skarciłam samą siebie w myślach. Nie miałam najmniejszego zamiaru pozwolić jakiemukolwiek mężczyźnie się mną bawić – nie ważne, czy był on cholernym Jamesem Potterem, wspaniałym dziedzicem fortuny rodu Blacków czy moim własnym ojcem. Pora było z tym skończyć. I bez problemów z Potterem miałam wystarczająco duży chaos w swoim życiu.

Więc wracamy do punkty wyjścia, Evans? — syknął James przez zaciśnięte zęby. — Nie sądzisz, że to zaczyna się robić nudne?

Puść mnie! — odparłam na tyle spokojnie, na ile pozwalało mi na to wariujące serce.

Najpierw powiedz mi, co tym razem ci nie pasuje?

Spróbowałam go odepchnąć i wcale mnie nie zdziwiło, że jest dla mnie zbyt silny. Miałam już okazję zobaczyć mięśnie, jakie krył pod ubraniem. Być może nie należał do najwyższych, ale nie bez powodu grał w drużynie.

Po prostu mnie puść! Nie mam ochoty z tobą rozmawiać, rozumiesz?!

Nie, nie rozumiem, Evans! O to właśnie chodzi! Wszystko było w porządku, kiedy wyjeżdżałem, ale teraz wróciłem, a ty znów zachowujesz się jak nadęta księżniczka!

Moje myśli krążyły jak szalone, przyprawiając mnie o zawroty głowy. Mgliście pomyślałam, że jednak trzeba było coś zjeść na śniadaniu, lecz nie poświęciłam temu większej uwagi.

Wyjechałeś? — wypaliłam, nim zdążyłam się powstrzymać.

W końcu puścił moją rękę i zrobił krok do tyłu. Spojrzał na mnie z rozdrażnieniem.

Wuj Syriusza umarł, jedyny członek rodziny, z którym naprawdę był blisko. Pojechałem z nim na pogrzeb.

Och — wymknęło mi się i nagle odwołanie przez Jamesa randki nabrało sensu.

Tym razem słowo „rumieniec” nie było w stanie oddać intensywności czerwieni, która pojawiła się na moich policzkach. Otworzyłam usta, lecz nie miałam pojęcia, co powiedzieć. Niestety James zdawał się nie mieć podobnego problemu.

Wiesz co? Rób co chcesz, ja się w to więcej nie mieszam. Po prostu znajdź sobie innego idiotę, któremu nie będzie przeszkadzał sposób, w jaki będziesz go traktować. Ja mam dość, Evans. Próbowałem, ale widać tobie nie można dogodzić.

Odwrócił się i ruszył z powrotem w kierunku Wielkiej Sali.

James! — zawołałam za nim, lecz tym razem to on się nie zatrzymał.

Chłopak zniknął za rogiem, a ja osunęłam się po ścianie na zimną podłogę. Ukryłam twarz w dłoniach i wzięłam kilka głębokich oddechów, które wcale mi nie pomogły. Wciąż czułam się jak kompletna idiotka. Zawaliłam szansę na związek z Jamesem w powodu swojej głupoty w czystej postaci.

Eliksiry nie były naszą pierwszą lekcją, lecz i na nie dotarłam w stanie kompletnej emocjonalnej rozsypki, próbując ignorować Dorcas, która odkąd tylko zobaczyła mnie w sali do transmutacji z zaczerwienionymi oczami, próbowała dowiedzieć się, co się stało. Zbywałam ją odpowiedziami, których nawet nie dało się nazwać wymówkami. Niestety właśnie w tym stanie zostałam zatrzymana przez nauczyciela eliksirów.

Dostałem twoją odpowiedź, moja droga — poinformował mnie profesor Slughorn, kiedy ostatnia osoba opuściła salę. — Tę na temat balu walentynkowego. Liczę, że masz naprawdę dobry powód, w innym wypadku spodziewam się twojej obecności, Lily. Pojawi się sporo osób, które na pewno chętnie poznasz.

Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł, profesorze — odparłam ze znużeniem. — Mam mnóstwo nauki i chyba nie do końca najlepszy humor na bal.

Nie samą nauką człowiek żyje. A bal z pewnością poprawi twój nastrój, Lily.

Mężczyzna uśmiechnął się do mnie przyjaźnie i wysiliłam się, by zrobić to samo. Byłam zbyt przygnębiona, by z nim polemizować.

Może ma pan rację — odparłam, choć wcale w to nie wierzyłam. Chyba tylko cud mógłby teraz poprawić mój nastrój.

Wspaniale. — Klasnął głośno w dłonie i podskoczyłam zaskoczona. — W takim razie spodziewam się twojej obecności. Twojej i pana Lupina. Przekaż mu proszę, że jego odmowy również nie przyjmuję. Oboje jesteście świetnymi uczniami, a do OWTM-ów jeszcze trochę czasu.

Przekażę — potwierdziłam i poczułam słabą iskrę zadowolenia, że nie tylko ja zostałam wpakowana w ten bal wbrew swojej woli. Zaraz jednak przypomniałam sobie, że przecież Lupin jest przyjacielem Pottera i prawdopodobnie wie już, co się między nami wydarzyło. Zrobiło mi się niedobrze na myśl, że będę musiała z nim porozmawiać i dowiedzieć się tego.

Opuściłam salę do eliksirów, z ulgą stwierdzając, że była to ostatnia lekcja tego dnia i mogę spokojnie zaszyć się w bibliotece. Przekroczyłam jej próg kilka minut później, a bibliotekarka, mimo iż znała mnie od lat i wiedziała, że nie należę do hałaśliwych osób, i tak posłała mi ostre, ostrzegawcze spojrzenie. Po siedmiu latach już wcale mnie nie dziwiło, że ta kobieta ceni książki i ciszę bardziej od własnego życia.

Usiadłam w najbardziej ukrytym przed wścibskimi oczami kącie i wyciągnęłam książkę do numerologii z zamiarem przygotowania się do najbliższego sprawdzianu. Wbrew słowom Slughorna w ostatnim czasie wcale nie byłam taką świetną uczennicą. Wciąż zarywałam noce na płaczu i myślach o mamie, co fatalnie odbijało się na moim samopoczuciu; to z kolei odbierało mi jakąkolwiek chęć do nauki i uniemożliwiało skupienie się na lekcji.

Spędziłam w spokoju ponad godzinę, robiąc niewielkie postępy z materiałem, kiedy ku mojemu zaskoczeniu ktoś odsunął krzesło naprzeciwko mnie. Jak głupia podniosłam wzrok z nadzieją, że zobaczę przed sobą Jamesa i niemal popłakałam się z rozczarowania.

Przez moment prawie jej nie poznałam. Wciąż nie mogłam się przyzwyczaić, że jej śliczne blond włosy zastąpiła krótka chłopięca fryzura; wcale jednak nie musiałam tego robić. Nie rozmawiałam z Alicją sama nie wiem od jak dawna, lecz teraz siedziała ona przede mną i wpatrywała się we mnie swoimi dużymi błękitnymi oczami. Odchrząknęłam niepewnie i poprawiłam się na krześle, posyłając jej pytające spojrzenie.

Pewnie nie chcesz tego słuchać — powiedziała cicho i uniosła dłoń, jakby chciała odgarnąć za ucho kosmyk, lecz w ostatniej chwili przypomniała sobie, że nie ma czego odgarniać. — Tylko, że ja muszę to powiedzieć. Jest mi cholernie źle z tym co zrobiłam, Lily i rozumiem, dlaczego jesteś na mnie wściekła. Wmieszałam się w rzeczy, w które nie miałam prawa się wmieszać i zraniłam cię, chociaż wcale tego nie chciałam. Pewnie niewiele to znaczy, ale przepraszam. Naprawdę przepraszam.

Westchnęłam i dotknęłam pocieszająco jej dłoni, którą położyła na stole.

To bardzo dużo dla mnie znaczy. Nie jestem tylko pewna, czy jestem gotowa ci wybaczyć. Jeszcze nie teraz.

Skinęła głową, lecz widziałam w jej oczach rozczarowanie. Zabrałam dłoń, choć moje serce krzyczało, żebym przytuliła ją do siebie, że to przecież Alicja, moja najlepsza przyjaciółka, dziewczyna, którą znam od tylu latach. Druga część mnie wciąż jednak pamiętała uczucie jakim zaczynałam darzyć Doriana i sposób, w jaki to wszystko się skończyło.

W każdym razie — mruknęła dziewczyna, sięgając do torby. — Chciałam ci to dać. — Położyła przede mną starannie zapakowaną paczuszkę z różową kokardką. — Wszystkiego najlepszego, Lily. Naprawdę na to zasługujesz.

Nim zdążyłam odpowiedzieć, dziewczyna wstała i ruszyła w stronę wyjścia, zostawiając mnie z jeszcze większym mętlikiem w głowie. Przejechałam niepewnie dłonią po prezencie i prawie się uśmiechnęłam. Chciałam wierzyć, że pewnego dnia wybaczę Alicji i że wszystko będzie między nami jak dawniej. Tak dobrze pamiętałam te wszystkie radosne momenty, które spędziłyśmy razem, sekrety, których nie bałyśmy się sobie wyjawić. Kiedy właściwie to wszystko się zmieniło? Kiedy moje życie stało się tak cholernie trudne?

Rozpakowałam ostrożnie prezent i uśmiechnęłam się ze wzruszeniem na widok powieści Oscara Wilde’a. Mimo naszej kłótni dziewczyna wciąż tak dobrze mnie znała. Wyjęłam ją ostrożnie z pudełka, ignorując czekoladę z Miodowego Królestwa, dobrze wiedząc, że oddam ją pierwszemu dzieciakowi, którego spotkam. Otworzyłam książkę na pierwszej stronie i pozwoliłam, by pierwszy raz od dawna słowa pochłonęły mnie bardziej niż smętna rzeczywistość.