Rozdział 19 — Szokujące prawdy

Rozdział 19 — Szokujące prawdy

Once in your life you find someone who will turn your world around. Bring you up when you’re feelin’ down. Yeah, nothin’ could change what you mean to me.” — Bryan Adams (Heaven)

Szliśmy w kierunku trzeciego piętra w ciszy, która nieco mnie krępowała. Potarłam kark, myśląc o tym, co mogłabym powiedzieć. James jednak zdawał się nie mieć podobnym problemów i szybko ubiegł mnie w próbie zaczęcia rozmowy.

— Widzę, że ślad po eliksirze całkiem zniknął — powiedział, machając dłonią przy swoim policzku, by dać mi znać, co ma na myśli.

Nieświadomie dotknęłam tej części mojej twarzy, która po naszym wrześniowym wypadku przez długi czasu była oszpecona. Całe szczęście, że miałam to już za sobą. Na ogół nie przywiązywałam dużej wagi do swojego wyglądu, lecz blizna nie wyglądała zbyt zachęcająco, a ponadto była stałym przypomnieniem tego, jak blisko byłam utraty wzroku.

— Tak, w święta ostatni raz użyłam maści — odrzekłam neutralnie, lecz jednocześnie myślałam o sytuacji, w jakiej nabawiłam się owej blizny.

— Ale się wtedy pożarliśmy — parsknął z rozbawieniem James, najwyraźniej również o tym myśląc. — Już nawet nie pamiętam, o co nam poszło.

— O to, że jesteś gamoniem, jak zawsze — mruknęłam i chłopak posłał mi swój firmowy uśmiech.

— A ty jak zawsze milutka.

— Tylko szczera.

Niespodziewanie chłopak się zatrzymał, a jego uścisk na moim nadgarstku sprawił, że zrobiłam to samo. Spojrzałam na niego z zaskoczeniem, sądząc, że wyraz jego twarzy da mi odpowiedź, jednak grubo się przeliczyłam, bo nie mogłam nic z niej odczytać.

— Chciałem ci tylko powiedzieć, że… Cieszę się, bo…

Co chciał powiedzieć James, tego pewnie nigdy się już nie dowiem. Wiem tylko, że dość szybko o tym zapomniałam, bo w tej samej chwili zza rogu wyskoczył Filch z triumfalną miną i kilkanaście minut później, razem z resztą uczniów, siedziałam w gabinecie na drugim piętrze, gdzie czekaliśmy na przyjście dyrektora. I McGonagall, którą wcześniej ktoś musiał obudzić. Cóż, nie czekaliśmy długo, bo po krótkiej chwili przyszedł dyrektor, a po kilku minutach dołączyła do niego wściekła opiekunka naszego domu. O ile dyrektor przez cały czas ledwie maskował uśmiech, tak kobieta ani trochę nie była rozbawiona naszym zachowaniem i przez następną godzinę odbywał się wywód na temat naszego nieodpowiedzialnego zachowania. W porządku, może nie godzinę, jednak takie właśnie miałam wrażenie. Stukałam niecierpliwie palcem na o ławkę, czym zasłużyłam sobie na kilka zirytowanych spojrzeń od siedzących obok obok mnie osób i krótki komentarz Blacka: „Weź ty się w ten rudy łeb lepiej stuknij”. Oczywiście żaden tam Black nie będzie mi mówił jak żyć (albo, w tym wypadku, jak przetrwać wywód Minerwy McGonagall), więc zaczęłam stukać ze zdwojoną siłą, czując dodatkową motywację. I pewnie stukałabym tak aż do końca tego uroczego spotkania, gdyby Black, siedzący tym razem w ławce za mną, nie zaczął kopać mi w krzesło. Odwróciłam się w jego stronę, lecz, nim któreś z nas zdążyło obrazić to drugie, odezwał się Remus.

— Nawet nie próbujcie… — zaczął groźnie, lecz Syriusz kompletnie się tym nie przejął.

— Jakiś problem, Evans? — spytał ze słodkim uśmieszkiem.

Zmrużyłam oczy.

— Siedzi przede mną z tym swoim krzywym wyszczerzem — syknęłam.

Chłopak zrobił szczerze oburzoną minę, podczas gdy Lupin ukrył twarz w dłoniach, mrucząc coś, co podejrzanie brzmiało jak „Zaczyna się…”. Żadne z nas nie przejęło się naszym kolegą.

— Sama masz krzywy wyszczerz! — odwarknął Syriusz, jednak, jak zauważyłam z satysfakcją, przestał suszyć zęby.

— Pff, spójrz czasem w lustro, Black.

— Moje przynajmniej nie ucieka, kiedy się do niego zbliżam.

— A co, pęka z hukiem?

Poczułam, że Dorcas szturcha mnie łokciem, jednak zignorowałam to, widząc, że Black szykuje kolejną odzywkę. Rany, chyba zaczynałam lubić te nasze kłótnie. Przynajmniej było się na kim wyżyć bez wyrzutów sumienia.

— Moje lustro to nie twoja waga, rudzielcu.

— Sugerujesz, że jestem gruba?

Kolejne dźgnięcie, tym razem mocniejsze. I znów je zignorowałam.

— Oczekujesz nagrody za spostrzegawczość?

— Mam nadzieję, że ty nie oczekujesz jej za inteligencję. Jeszcze byś się zdążył doczekać wnuków.

Tym razem uderzenie panny Meadowes było znacznie mocniejsze i w końcu dziewczyna uzyskała swój cel. Odwróciłam się w jej stronę z irytacją.

— Czego? — warknęłam, zła, że przerywa nam sprzeczkę.

Jej spojrzenie udzieliło mi pełnej odpowiedzi. Przełknęłam ślinę i spojrzałam na profesorkę, która przypatrywała mi się z miną mówiącą, że robi to już od dłuższego czasu i świetnie wie, ile usłyszałam z jej wywodu, trwającego dobre pół godziny. Chyba nie muszę dodawać, że jedyne, co słyszałam tu mój palec bębniący o blat stolika, a potem irytujący głos Blacka, prawda?

— Czy ja wam przeszkadzam? — zapytała, zakładając ręce na piersi.

Czułam, że gapi się na nas cała klasa, łącznie z dyrektorem i nawet nie śmiałam pomyśleć, że „w istocie to tak, przeszkadza nam pani. Mogłaby pani wyjść i wrócić za jakiś czas?”. Przemilczałam więc sprawę i wlepiłam spojrzenie w mój palec, który w końcu przestał wybijać jakiś tylko mi znany rytm. Oczywiście Black nie podzielał mojej opinii na temat tego, że tylko milczenie może nas teraz uratować.

— Oczywiście, że nie, pani profesor. Właściwie, to nie mam pojęcia, o czym pani mówiła, ale jestem pewien, że Idealna Evans zanotowała każde słowo.

Otworzyłam usta, chcąc coś odwarknąć, jednak…

— Dość, Black! Dość! Raz w życiu zamilcz! Oboje macie szlaban! Nie rób takiej miny, Evans! Może weekend spędzony w moim towarzystwie uświadomi was, że moje lekcje to nie zoo, w którym możecie zachowywać się z Blackiem jak dzikie małpy!

— Weekend w pani towarzystwie to czysta przyjemność — rzucił swobodnie Black i byłam pewna, że na twarzy znów ma ten arogancki uśmieszek.

Na mojej buzi pewnie można było dostrzec jedynie wściekle czerwony rumieniec.

— W takim razie pewnie ucieszy cię myśl, że spotkamy się już dziś po zajęciach. Masz szlaban od dziś aż do odwołania. Ciebie, Evans, chcę widzieć u siebie w sobotę i niedzielę od godziny dwunastej.

Zadzwonił dzwonek i szybko chwyciłam pasek od torby, by dotrzeć do drzwi jako jedna z pierwszych. Usłyszałam jeszcze po drodze głos dyrektora, który chyba chciał udobruchać kobietę, jednak nie zwolniłam ani na moment i wypadłam z klasy jak burza. W oczy piekły mnie łzy. Idiotyczny powód do płaczu, zwłaszcza, że szlaban całkowicie mi się należał i był moją winą, lecz nic nie mogłam na to poradzić.

Dotarcie na korytarz na czwartym piętrze zabrało mi kilka minut, a po drodze schody zdążyły mi wyciąć kilku numerów, lecz ostatecznie zajęłam swoje stałe miejsce na parapecie i oparłam głowę o szybę okna, z którego widać było błonia. Widok sypiącego delikatnie śniegu nie wywołał na mojej twarzy uśmiechu jak to miał w zwyczaju. Czułam, że po policzkach płyną mi łzy i poczułam złość na samą siebie. Ciągle tylko ryczałam i ryczałam i sama właściwie nie wiedziałam, czemu. Merlinie, tak bardzo tęskniłam za mamą. Chciałam móc napisać do niej list, jak dawniej, kiedy było mi źle. Chciałam jutro niecierpliwie wyczekiwać jej odpowiedzi. Chciałam opowiedzieć jej o Jamesie, zapytać o radę w sprawie Alicji. Chciałam usłyszeć jedną z tych mądrości, które miała w zanadrzu. Chciałam wiedzieć, że jest cała i zdrowa, i że czeka na mnie w domu z tatą i Petunią. Tymczasem ona nie żyła, a mój własny ojciec nie chciał mnie widzieć na oczy. Tak samo jak siostra.

Głośny szloch wyrwał się z mojego gardła. Podciągnęłam nogi do piersi i objęłam je ramionami. Jeszcze nigdy nie czułam się tak samotna. Zamknęłam oczy, choć łzy i tak wypływały mi spod powiek.

Nie wiem, ile tak siedziałam, lecz w pewnym momencie poczułam, że ktoś siada obok mnie i przyciąga mnie do ciasnego uścisku. Otworzyłam załzawione oczy. Do diabła, czy nagle wszyscy musieli wiedzieć o istnieniu tego miejsca. Miało być opuszczone, na Merlina. A najpierw spotkałam tam Doriana, potem Remusa, Jamesa, a teraz nawet jego.

— Odwal się, Black! — warknęłam żałośnie i spróbowałam go odepchnąć, jednak Regulus trzymał mnie zbyt mocno i po chwili straciłam chęć do walki z nim i jego cholernymi umięśnionymi ramionami.

Mój szloch powoli zaczął przeradzać się w ciche łkanie, aż w końcu i on, i łzy ustały, choć wciąż byłam roztrzęsiona. Odsunęłam się od Regulusa i tym razem mi na to pozwolił. W milczeniu i z kamienną miną podał mi chusteczkę, którą wyciągnął z kieszeni szaty. Przyjęłam ją, nie mając nawet siły podziękować. Czułam się kompletnie wypompowana.

— Lepiej? — zapytał bez odrobiny współczucia czy litości w głosie i nagle poczułam wyjątkowo silną falę wdzięczności do Ślizgona.

— Niezbyt. Ale dzięki — odparłam zachrypniętym głosem i wzięłam głęboki oddech.

Skinął sztywno głową.

— Zakładam, że nie chcesz o tym rozmawiać? — Uniósł pytająco brew.

Wzruszyłam obojętnie ramionami.

— Ja nie chcę rozmawiać, a ty nie chcesz słuchać — odparłam, uśmiechając się blado. Uniosłam dłoń i otarłam z policzków resztki łez. — Jak mnie znalazłeś?

Chłopak prychnął ironicznie.

— Chciałem tu poczytać, ale okazało się, że siedzi tu już taka jedna i wyje jak Jęcząca Marta. Przez moment nawet myślałem, że to ona. A z racji, że w tym hałasie nie dało się czytać, postanowiłem zostać twoim rycerzem, Królewno. Raczysz wybaczyć brak białego konia?

Zaśmiałam się cicho, jednocześnie uderzając go żartobliwie w udo.

— Tęskniłam za tobą, Black — stwierdziłam szczerze.

Aż do tej pory nie miałam pojęcia, że tak bardzo brakowało mi młodszego z braci Black. Przez święta nie myślałam o nim wiele, moje myśli zaprzątały inne, bardziej przykre sprawy.

— Ja za tobą nie — odparł, lecz widziałam w jego oczach, że tylko robi sobie żarty. Choć pewnie w życiu by się do tego nie przyznał.

— Dziękuję za broszkę — wypaliłam nagle, przypominając sobie o prezencie, który dostałam od niego na święta. — Naprawdę śliczna.

Wzruszył ramionami i sięgnął do kieszeni szaty. Po chwili wyciągnął z niej, ku mojej irytacji, paczkę papierosów. Nie przejmując się moim morderczym spojrzeniem, wsadził sobie jednego do ust i odpalił go końcem różdżki. Zaciągnął się głęboko, robiąc przy tym bardziej zrelaksowany wyraz twarzy niż w jakiejkolwiek innej sytuacji.

— Więc jak minęły ci święta? — spytałam po chwili niepewnie.

— Super — odparł sarkastycznie. — Tym lepiej, że mój skretyniały brat dał w końcu nogę z domu.

— Coś mi się obiło o uszy.

Znów wzruszył ramionami.

— To była kwestia czasu. Albo by uciekł, albo ojciec by go wywalił. Żywego albo nie.

— Słucham?

— Ten kretyn sam się wiecznie prosił o kłopoty. Gdyby zamykał gębę i kiwał grzecznie głową, nie byłby teraz wydziedziczony. I nie nabawiłby się tylu blizn.

Poczułam, że krew odpływa mi z twarzy.

— Merlinie, Black, ty… Mówisz poważnie? Znęcają się nad wami?!

Popatrzył na mnie kpiąco i wypuścił z ust dym.

— Jeśli chcesz to tak nazywać.

— Ale…

— Takie są realia czystokrwistych rodzin. Myślałaś, że jak się wychowuje dzieci na zimnych sukinsynów? Spójrz na Malfoya. Albo Notta.

— Ale ty i Syriusz…

— Nasza rodzina nie różni się wcale od innych. To tylko mój braciszek jest ewenementem.

— Ale, Black… Czy ty sam siebie słyszysz?! — zawołałam z oburzeniem. — Blizny?! Przecież oni nie mają prawa…

— Uspokój się — syknął z irytacją. — Nie leją nas do nieprzytomności. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio ojciec podniósł na mnie różdżkę.

— Ale powiedziałeś, że Syriusz…

— Powiedziałem też, że mój brat jest debilem. Gdyby zamykał gębę, kiedy trzeba, nic by się nie stało.

Pokręciłam głową z niedowierzaniem, lecz jednocześnie miałam wrażenie, że policzek, w który uderzył mnie ojciec wciąż pulsuje bólem.

— I nie zamierzacie nikomu o tym powiedzieć?! Przecież to przestępstwo!

— Evans — powiedział Black, tym razem ze zmęczeniem. — Przecież wszyscy to wiedzą. O tym się po prostu nie mówi. I nie, ani ja, ani Syriusz nikomu nie powiemy, jasne?

Patrzył na mnie ostro, czekając aż skinę głową i chyba to mu wystarczyło, bo znów przybrał rozluźniony wyraz twarzy.

— Nie rób afery, Evans. To nic takiego.

Cóż, to nic takiego siedziało mi w głowie przez resztę dnia i nie mogłam przestać o tym myśleć nawet, kiedy kładłam się do łóżka. W trakcie kolacji przyłapałam się na przyglądaniu Syriuszowi, kiedy ten wydurniał się z resztą Huncwotów. Blizny? Blizny, do diabła? Jaki rodzic bije swoje dziecko do tego stopnia, by zostały po tym blizny?! Jaki rodzic w ogóle bije swoje dziecko?! Mogę zrozumieć wiele, może nawet te przeklęte klapsy, których nie jestem zwolenniczką, ale wypowiedź Regulusa na ten temat – jakby znęcanie się nad dziećmi było czymś zupełnie normalnym – wstrząsnęła mną do reszty. Patrząc na kompana Pottera, w życiu bym nie powiedziała, że może mieć takie problemy. Choć z drugiej strony byłam już świadkiem rozmowy między Huncwotami, która dała mi wiele do myślenia. Poza tym, czy ktoś bez powodu ucieka z domu? Nie jestem pewna, czy moja mama zgodziłaby się przyjąć Dorcas, gdyby ta nagle postanowiła ze mną zamieszkać. Rodzice Pottera musieli więc być bardzo wyrozumiali, albo coś bardzo nie grało w rodzinie Blacków. Nie byłam tylko pewna, czy chcę znać odpowiedź.

4 comments on “Rozdział 19 — Szokujące prawdy

  1. Intryguje mnie postać Regulusa w twoim opowiadaniu ..zdecydowanie mi się podoba :-) Ale coś mi się zdaje ze jednak on wcale nie będzie z nim tak kolorowo..

    1. Czekam Czekam… mam nadzieję, że rozdział wkrótce się pojawi :) Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko okej. Gorąco Pozdrawiam

      1. Kochana,
        dziękuję bardzo za komentarz. To bardzo miłe z twojej strony, że myślisz o tym opowiadaniu i że dajesz mi o tym znać, naprawdę motywują mnie takie komentarze :) Niestety jest wrzesień czyli zaczęła się szkoła, w moim przypadku liceum i mam bardzo dużo nauki. Nawet teraz mam na kolanach zeszyt do polskiego. Rozdziału możesz spodziewać się w okolicach weekendu, tego lub następnego, naprawdę nie wiem, zwłaszcza, że piszę jeszcze dwa inne opowiadania.
        W każdym razie dziękuję za komentarz i do następnego rozdziału :)
        EKP

        1. Moja droga, miałam odpisać wcześniej .. ale działo u mnie się bardzo dużo. I dobrego i złego.. ale jakoś się żyje. Cieszę się że u Ciebie wszystko w porządku :) Rozumiem, szkoła jest ważniejsza.. w końcu to liceum, a dobra matura to klucz na fajne studia :) Będę Ci tam gdzieś z oddali mocno dopingować. Wierzę w Ciebie:)
          Sama w liceum.. byłam szmat czasu temu .. (aktualnie kończę magisterkę na Politechnice Warszawskiej) :D
          Pozdrawiam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *