Rozdział 18 — To do czego dążymy

Komentarze mile widziane :)


Rozdział 18 — To do czego dążymy

„And I want you to know you couldn’t have loved me better” — Sleeping at Least (Already Gone)

Moje serce biło szybko, szybciej niż kiedykolwiek. Ona patrzyła na mnie, ja patrzyłam na nią i na moment nasze spojrzenia się skrzyżowały. Jeszcze nigdy nie przeżywałam takich mdłości. Czułam się jak na sądzie ostatecznym, lecz szybko rozejrzałam się dookoła i, dzięki Merlinowi, nie dostrzegłam żadnych anielskich chórów. Tylko kilkanaście białych jak ściana twarzy moich towarzyszy niedoli. Pani Mushroom uśmiechnęła się i jak na zwolnionym tempie widziałam jak pergamin z pytaniami zbliża się w moją stronę. Położyła go tuż przede mną i z uśmiechem ruszyła dalej, zostawiając mnie, bym stawiła czoła niemożliwemu. Sprawdzianowi z numerologii, który sama ułożyła.

Spojrzałam w kierunku Dorcas i z ruchu jej warg wyczytałam soczyste przekleństwo. Nie byłam pewna, czy w ogóle czytać pytania, czy może po prostu się podpisać i przespać resztę lekcji.

— Jasna kurwa jego psia mać — mruknął siedzący przede mną Black w momencie, gdy spojrzał na pergamin, jednak w ciszy, jaka panowała w sali, zabrzmiało to wyjątkowo głośno.

Zdążyłam tylko zobaczyć, że Remus uderza się ręką w czoło, a zaraz potem…

— Panie Black! — zawołała nauczycielka, odwracając się w jego stronę z imponującą prędkością i momentalnie czerwieniejąc na twarzy. — To chyba jakiś żart! Co to ma znaczyć?! W tej chwili proszę opuścić tę klasę! Do McGonagall! Moment! Sama tam pana zaprowadzę! Przecież to skandal! Takie słownictwo u młodego człowieka!

I chwyciła Blacka za ucho, dosłownie, i wyciągnęła go z sali, kompletnie się nami nie przejmując. Patrzyłam za nią z otwartymi ustami, lecz nikt inny nie miał podobnych obiekcji. Niesłychanie zgodnie wszyscy rzucili się na swoje torby i jestem pewna, że jeszcze nigdy z takim zapałem żadne z nas nie wertowało książki do numerologii.

— James! Tak nie można — tłumaczył gdzieś przed nami Remus, który jako jedyny oparł się pokusie ściągania. — O nie, Peter, ty też? Przecież to kompletnie nieuczciwe! James! Na miłość Merlina. Lily, powiedz mu co…

Uniosłam głowę z przepraszającym uśmiechem, próbując niezdarnie zasłonić łokciem książkę, z której, nie oszukujmy się, zrzynałam. Lupin zmrużył oczy, pokręcił z rezygnacją głową i odwrócił się w stronę swojego testu, najwyraźniej dając sobie spokój z próbami nawrócenia nas na drogę prawości i uczciwości. Cóż, zdaje się, że w jego oczach i ja zeszłam na psy. Mówi się trudno. Jeśli to miało uratować moją ocenę z numerologii, to było warto.

Pani Mushroom ostatecznie wróciła dziesięć minut później (bez Blacka) i kompletnie nie zwróciła uwagi na fakt, że zostawiła nas samych podczas pisania testu. Biedny Remus chyba nawet nie był już tym zaskoczony.

Naszą następną lekcją były eliksiry. Ruszyłam na nie z nieco lżejszym sercem, jednocześnie myśląc o tym, że muszę wziąć się w garść. Minął tydzień od powrotu do szkoły, a ja napisałam już drugi sprawdzian, do którego byłam kompletnie nieprzygotowana. Miałam tylko nadzieję, że nie staje się to moim niezdrowym nawykiem.

Obawiałam się nieco lekcji z nauczycielem eliksirów. W ciągu ostatnich kilku dni każdy możliwy nauczyciel złożył mi już kondolencje i na każdym kroku posyłał współczujące spojrzenia. Może poza Millerem, który na szczęście zbyt zajęty był gnębieniem klasy i wgapianiem się potajemnie w Alicję. Merlin mi świadkiem, że nienawidziłam tego człowieka i właściwie sama nie wiedziałam, co powstrzymuje mnie przed pójściem do dyrektora. Za romans z uczennicą mężczyzna wyleciałby z pracy szybciej, niż Potter porusza się na miotle.

Zadzwonił dzwonek i nagle zdałam sobie sprawę, że od kilku minut stoję na środku korytarza jak słup soli. Potrząsnęłam głową, ruszając szybkim krokiem na lekcję. Dotarłam na miejsce w samą porę, gdyż w tym samym momencie zza rogu wyłonił się profesor Horacy. Przełożyłam ciężką torbę z książkami na drugie ramię, czekając aż tłum osób przede mną wejdzie do sali. Nagle poczułam na ramieniu ciepłą dłoń i moje serce automatycznie przyspieszyło. Podejrzewałam, kto taki stoi za mną, lecz i tak byłam zaskoczona, gdy odwróciłam się i spojrzałam prosto w czekoladowe oczy Jamesa. Przywołałam na twarz niepewny uśmiech.

— Co tam słychać? — zapytałam, nie do końca wiedząc, co powinnam powiedzieć. Przez ostatni tydzień byłam zbyt zabiegana i przygnębiona, by odbyć jakąś poważniejszą rozmowę z chłopakiem. — Jak sprawdzian z numerologii?

— Zaskakująco dobrze — odparł z porozumiewawczym mrugnięciem.

Sięgnęłam dłonią do włosów i założyłam niesforny kosmyk za ucho. Stojący przede mną Peter w końcu ruszył do przodu, więc zrobiłam to samo, jednocześnie czując, że James dotrzymuje mi kroku.

— Wiesz, tak sobie myślałem — powiedział i tym razem to on wyglądał niepewnie. — W tę sobotę jest wyjście do Hogsmeade. Zastanawiałem się, czy nie chciałabyś się wybrać? No wiesz, na kawę czy coś.

Obrzuciłam go szybkim spojrzeniem, idąc w stronę mojego stanowiska. Charakterystyczny zapach sali do eliksirów zawsze mnie uspokajał. Tak było i tym razem. Poczułam, że moje serce odrobinę zwalnia i pierwszy raz od dawna w towarzystwie chłopaka nie musiałam walczyć z uporczywym rumieńcem. Mimo to na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, którego nawet nie próbowałam powstrzymać.

— Chętnie — odrzekłam i w oczach Pottera dostrzegłam błysk ulgi i szczęścia.

Chciał coś jeszcze dodać, lecz w tym samym momencie Slughorn zamknął za sobą drzwi do sali i zaczęła się lekcja. Przez jej resztę nie przestawałam się uśmiechać jak głupia.


— Więc? — spytała później Dorcas, kiedy szłyśmy w kierunku Wielkiej Sali na obiad.

— Więc? — powtórzyłam, udając, że nie wiem, o co jej chodzi.

Dziewczyna pokręciła głową z niecierpliwością, lecz na twarzy miała ten swój wszechwiedzący wyraz, który mówił mi, że ona już swoje wie i teraz potrzebuje jedynie mojego potwierdzenia, a i ono nie jest jakoś specjalnie niezbędne.

— Czego chciał Potter?

Wzruszyłam ramionami i pochyliłam głowę, pozwalając, by moje długie włosy zakryły mój uśmiech. Przyspieszyłam kroku, lecz dziewczyna nie dawała za wygraną i zrobiła to samo.

— No wiesz, takie tam — stwierdziłam wymijająco, z jakiegoś powodu nie chcąc dzielić się z nikim moją długo wyczekiwaną randką z chłopakiem. Zresztą, znając nas, nie wiadomo było, czy w ogóle do niej dojdzie. Przez tych kilka dni mogliśmy się jeszcze dziesięć razy pokłócić.

— Coś jest na rzeczy — zawołała z głupawym uśmiechem. — Czuję to! Czy niedługo będę tańczyć na weselu, Lilka?

— Chyba twoim i Petera — parsknęłam, przekraczając próg Wielkiej Sali.

Zajęłam miejsce obok Lupina i z racji, że przy chłopaku siedział również James, dziewczyna musiała zmienić temat. Zerknęłam w stronę jedzenia rozłożonego na całym stole i poczułam, że mój żołądek gwałtownie domaga się żywności. Zignorowałam ten fakt, wiedząc, że po posiłku znów poczuję koszmarne mdłości. Tak było przez dokładnie cały tydzień. Jadłam, dostawałam mdłości i wymiotowałam. Starałam się więc jeść jak najmniej. Stwierdziłam też, że może to nie najgorszy moment, by zrzucić nieco na wadze. Myślę, że podświadomie wiedziałam, iż coś jest nie tak, że nie powinnam tego ignorować, lecz z jakiegoś powodu właśnie to robiłam.

Spojrzałam po twarzach siedzących niedaleko osób. Dorcas znów została zagadana przez Petera, Remus w zamyśleniu przeżuwał jedzenie, myśląc nad czymś gorliwie. James z kolei wdał się w ożywioną dyskusję z Frankiem. Moje spojrzenie mimowolnie powędrowało w stronę Alicji, która jadła obiad kilka krzeseł dalej, zupełnie sama. Kolejny raz uderzyła we mnie fala smutku z powodu naszej zrujnowanej przyjaźni, lecz jednocześnie wiedziałam, że wciąż jej nie wybaczyłam i chyba nigdy tego nie zrobię. Zbyt wielki miałam do niej żal o to, co przez nią wydarzyło się między mną a Dorianem. Może i nie czułam do niego tego, co do Jamesa, jednak z pewnością łączyło nas jakieś wyjątkowe uczucie, które za sprawą Alicji kompletnie straciło rację bytu.

Niespodziewanie ktoś odsunął krzesło naprzeciw mnie i skrzywiłam się ostentacyjnie, widząc wyszczerzoną twarz Blacka.

— Jakiś problem, Evans? — spytał, widząc mój wyraz twarzy.

— Właśnie się pojawił — warknęłam.

Z Blackiem również moje stosunku nie układały się najlepiej. Właściwie nigdy nie miały się one dobrze, lecz od powrotu do szkoły chłopak działał na mnie jak płachta na byka. Ilekroć się pojawiał, budził się we mnie jakiś irracjonalny gniew, z którego oboje zdawaliśmy sobie sprawę, a którym Black w ogóle się nie przejmował. Gnojek.

— Jak się tak będziesz ciągle krzywić, to ci tak zostanie. Jak mojej matce.

— McGonagall jakoś szybko cię wypuściła, Black. Ile razy przemyła ci usta mydłem?

— Znów zaczynacie? — wtrącił się Remus, którego nasze sprzeczki na przemian irytowały i bawiły.

— Niczego nie zaczynam, Luniaczku — odparł Syriusz, przybierając swój rozbrajający wyraz twarzy. — To tylko Evans ma okres.

— Przynajmniej nie jestem opóźniona w rozwoju — warknęłam, wstając od stołu.

Byłam w połowie drogi do drzwi, kiedy poczułam, jak ktoś łapie mnie na nadgarstek. Odwróciłam się zaskoczona.

— Możemy porozmawiać? — odezwał się Dorian i przeżyłam niemały szok.

Potrzebowałam chwili, by się otrząsnąć. Nie rozmawiałam z chłopakiem od dawna i byłam niemal pewna, że po naszym rozstaniu już raczej się to więcej nie zdarzy. Odeszliśmy od siebie, pozostawiając neutralne stosunki, lecz sprawa z tym, ile kiedyś dla siebie znaczyliśmy nie pozwalała nam się po prostu przyjaźnić.

— Tak, oczywiście — odparłam, reflektując się.

Ruszyliśmy w stronę wyjścia, on kilka kroków przede mną. Spojrzałam na moment w stronę Jamesa i dostrzegłam, że obserwuje mnie uważnie ze zmarszczonymi brwiami, kompletnie ignorując przy tym Franka. Postanowiłam nie przejmować się tym faktem i nieco przyspieszyłam, doganiając szatyna.

W milczeniu dotarliśmy na opuszczony korytarz na czwartym piętrze, który niegdyś służył nam za miejsce spotkań. Kącik ust drgnął mi lekko na myśl o tych wszystkich chwilach, które tam razem spędziliśmy. Wciąż zdarzało mi się przychodzić w to miejsce, kiedy rozpaczliwie potrzebowałam samotności.

— O co chodzi? — przerwałam ciszę, kiedy zamyślona mina chłopaka powiedziała mi, że nie zrobi tego pierwszy.

Popatrzył na mnie dziwnie, a zaraz potem poczułam, jak przygarnia mnie do ciasnego uścisku. Odruchowo również go przytuliłam, wtulając twarz w jego koszulę. Przejechał dłonią po moich włosach.

— Mój tata przyjaźni się z Dumbledore’em. Słyszałem o twojej mamie. Tak bardzo mi przykro.

Nie chciałam, żeby ktoś w szkole o tym wiedział, naprawdę nie chciałam, lecz mimo to, poczułam niespodziewaną ulgę i poczułam, że łzy torują sobie drogę na moich policzkach. Przylgnęłam do chłopaka jak do koła ratunkowego i pozwoliłam mu się trzymać. Nic już nas nie łączyło oprócz pięknych wspomnień, lecz właśnie w tym momencie pomyślałam, że spotkanie Doriana było jedną z najlepszych rzeczy w moim życiu.


— Potter, można wiedzieć, dlaczego siedzisz z Blackiem? — zapytała na dzień dobry Minerwa McGonagall, kiedy po dzwonku zajęliśmy swoje miejsca.

Uniosłam głowę i zauważyłam, że, faktycznie, na miejscu Remusa znajduje się James, który od piątego roku miał zakaz siedzenia z Syriuszem po tym, jak podpalili wspólnie ławkę.

— Bo… Bo Remus zajął moje miejsce!

— Co proszę?! — zawołał oburzony Lupin, który z braku laku zajął miejsce obok Petera. — Nieco inaczej to zapamiętałem!

Profesorka wzięła głęboki, uspokajający oddech.

— Lupin, zamień się miejscami z Potterem i zaczynajmy lekcję.

Usiadła za biurkiem i wzięła duży łyk kawy, która na nim stała. Spojrzałam na Blacka, który podejrzanie przymilkł od dzwonka i dostrzegłam, że przypatruje się kobiecie, jednak z racji, że siedział plecami do mnie, nie mogłam ocenić, jaką ma minę. Mało delikatnie dźgnęłam go w plecy. Odwrócił się niechętnie w moją stronę, podczas gdy Remus odsuwał krzesło obok niego, by usiąść na miejscu, które wcześniej zajął mu James.

— Nie zauważyłam, żeby McGonagall niosła jakąś kawę, kiedy wchodziła do klasy — oznajmiłam, nawet nie próbując ukryć oskarżenia w moim głosie.

— Widać jesteś mało spostrzegawcza — odparł Black, patrząc na mnie kpiąco.

Zmrużyłam oczy.

— Co jest w tym piciu? — syknęłam.

Syriusz uniósł brew i spojrzał znacząco w kierunku kobiety. Chyba na moment zwyczajnie odebrało mi mowę z oburzenia. Kobieta leżała z głową na biurku, pochrapując cicho. Zauważyłam, że Edgar, który zajmuje się kronikami szkolnymi, wyciąga aparat i robi jej zdjęcie, a reszta klasy zaczyna korzystać z wolności, wdając się w głośne rozmowy.

— Możliwe, że chciałem wyświadczyć jej przysługę i przynieść własnoręcznie zrobioną kawę. Możliwe też, że mogłem pomylić mleko z eliksirem słodkiego snu. — Posłał mi bezczelny uśmiech, a zaraz potem wlazł na ławkę. — Ludzie, ogłaszam wagary! — oznajmił, przekrzykując tłum.

Rozległy się gromkie brawa i wszyscy zaczęli kierować się w stronę wyjścia. Byłam pewna, że moja szczęka znajduje się gdzieś na podłodze i nieprędko z niej wróci. Z drugiej strony chyba po tych wszystkich latach nie powinno mnie to już nawet dziwić. Po chwili w klasie zostałam już tylko ja, chrapiąca profesorka i James, który, sądząc po kubku, który zabrał sprzed nosa kobiety, miał za zadanie pozbycie się dowodów. Spojrzał w moim kierunku i uśmiechnął się delikatnie.

— Nie idziesz?

— Ja… Mnie już to nawet nie zaskakuje — wypowiedziałam na głos swoje myśli.

— Mówisz, że robimy się przewidywalni? — Teatralnym gestem chwycił się za serce. — To boli, Evans.

Wzruszyłam ramionami i w końcu wsadziłam książkę do transmutacji do torby. Zapięłam ją i spojrzałam w kierunku Pottera, który wciąż stał w tym samym miejscu.

— Skoro już mamy wolne, co powiedziałabyś na kremowe piwo pod Trzema Miotłami?

Spojrzałam na niego sceptycznie.

— A niby jak chcesz się wydostać ze szkoły?

Jego uśmiech się poszerzył.

— Mam swoje sposoby. Zaufaj mi. — Wyciągnął dłoń w moją stronę. — No chyba, że się boisz, Evans.

Złapałam ją po momencie wahania.

— Chciałbyś, Potter — odparłam i również się uśmiechnęłam, czując, jak moje serce przyspiesza.