Rozdział 17 — Dajmy temu szansę

Przepraszam za tak ogromne opóźnienie, niestety nawaliła mi ładowarka do laptopa i sporo czekałam z kupnem nowej. Postaram się, żeby nowy rozdział pojawił się szybciej :)

Z dedykacją dla Kai – za to, że po tylu latach wciąż chce jej się czytać moje wypociny :)


 Rozdział 17 — Dajmy temu szansę

Kiedy lustro przestanie wreszcie kłamać? Nie wiem, gdzie byłam ani dokąd zmierzam, ale nie potrafię zrobić tego sama” — Kerrie Roberts (Rescue Me (How The Story Ends))

Przejrzałam się w lustrze i zaraz skrzywiłam z niesmakiem. Spróbowałam wciągnąć brzuch, lecz nie dawało to większego rezultatu. Czego bym nie zrobiła, spodnie wciąż nie chciały się dopiąć. Westchnęłam z rezygnacją i dałam sprawie spokój. Wygrzebałam z kufra inne ubranie, które powinno na mnie pasować. Mimo że ostatnio niewiele jadłam, jakimś cudem udało mi się przytyć. Na ogół nie przeszkadzała mi kompletnie sprawa mojej wagi – byłam jedną z tych dziewczyn, które ani nie są za grube, ani za chude. Niestety w ostatnim czasie przeszkadzało mi niemal wszystko we mnie samej. Może miałam gorsze chwile, a może tak radziłam sobie z żałobą – poprzez obwinianie siebie. Niestety nigdy nie byłam najlepszym psychologiem, więc ciężko mi stwierdzić, która teoria jest bardziej prawdopodobna.

Przebrałam się szybko, po czym z rozmachem zamknęłam wieko kufra. Cieszył mnie powrót do Hogwartu. Atmosfera w domu z wolna stawała się nie do wytrzymania. Wciąż kłóciłam się z Petunią lub dostawałam dziwnych ataków płaczu. Ojciec zaś zaszył się w sypialni i nie wychodził z niej, chyba, że do sklepu czy łazienki. Zazwyczaj ciężko było go zobaczyć trzeźwego podczas tych wypadów. Próbowałam porozmawiać z nim tylko raz i okazało się to błędem. Cóż, błędem okazała się głównie propozycja terapii, jednak po siarczystym policzku, jaki mi wymierzył, postanowiłam więcej nie zbliżać się do niego, przynajmniej dopóki sam nie stwierdzi, że należą mi się przeprosiny. Tata nigdy wcześniej nie podniósł na mnie ręki i było to ogromnym szokiem.

Niecałą godzinę później siedziałam już w pociągu do szkoły. Z nutą utęsknienia spoglądałam przez okno na te wszystkie matki żegnające swoje dzieci. Kolejny raz poczułam, jak w moich oczach zbierają się gorzkie łzy. Tak bardzo im zazdrościłam. W tym roku nikt nie odprowadził mnie na dworzec. Petunia nie robiła tego od kilku lat, a tata… Chyba nie muszę tego tłumaczyć.

Minęło kilka minut i nagle usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi do przedziału. Skierowałam w ich kierunku spojrzenie. Oczywiście. Oczywiście, że musiał stać w nich James. Uśmiechał się nieco głupkowato, a ja poczułam, że jeszcze ciężej będzie udawać, iż nic się nie stało. Nie byłam pewna, jak mam zachować śmierć mamy w tajemnicy, ale wiedziałam, że tylko tak uda mi się nie zwariować. Wystarczyło, że wiedzieli już nauczyciele. Nie potrzeba było mi więcej spojrzeń pełnych litości. Nie chciałam litości Jamesa.

— Jak minęły ci święta, Lily? — zapytał na wstępie, rozwalając się na siedzeniu naprzeciw mnie.

— Super — rzekłam z wymuszonym uśmiechem. — Ja… hmm… świetnie się bawiłam. Naprawdę. A co u ciebie?

— Genialnie. Poza tym, że mieszkam teraz z największym idiotą tego świata.

— James, spojrzałeś w końcu w lustro? — zażartowałam, siadając wygodniej.

Wyszczerzył się i przejechał dłonią po włosach, jeszcze bardziej je mierzwiąc.

— O dziwo, nie. To znaczy codziennie w nie patrzę, jak mógłbym się oprzeć? Ale nie o to chodziło. Syriusz zwiał z domu i teraz ja muszę się z nim użerać.

— Biedny twój dom. Biedni twoi rodzice. — stwierdziłam sucho.

— Oni?! — zawołał z oburzeniem. — Oni są zachwyceni. To ja mam przerąbane. Zostawia swoje rzeczy wszędzie. Wszędzie! Mama musiała mi naprawiać kostkę po tym, jak potknąłem się o jego buty i spadłem ze schodów.

Zachichotałam mimo woli. Zawsze wiedziałam, że Black to wcielenie zła. Teraz już nawet jego najlepszy przyjaciel to wiedział.

— Oj, Potter. Nie narzekaj, sama słyszałam, jak mówiłeś, że może z tobą zamieszkać, jeśli będzie miał problemy w domu — stwierdziłam, uśmiechając się przebiegle, kiedy mina chłopaka zrzedła. — A jak tam się mają sprawy między nim a Remusem? — spytałam, by zmienić temat.

Popatrzył na mnie pustym spojrzeniem, najwyraźniej nie mając pojęcia, o co mi chodzi.

— A jak się mają mieć? — palnął z głupawą miną.

— Och, rozumiem — mruknęłam, uśmiechając się kącikiem ust.

Najwidoczniej jego męska spostrzegawczość pozostała bez najmniejszej zmiany. Cóż, chyba powinnam się cieszyć, że niektóre rzeczy jednak zawsze będą takie same…

Na powrót wbiłam spojrzenie w okno, obserwując, jak pociąg powoli zaczyna ruszać z miejsca. Żal ścisnął mi serce. Ci wszyscy rodzice, którzy machali do swoim pociech. A ja byłam sama. No, może nie całkiem, bo niespodziewanie poczułam, jak chłopak delikatnie chwyta moją dłoń.

— Jesteś smutna — powiedział i zlustrował mnie uważnie spojrzeniem swoim brązowych oczu. — Żałujesz tego, co zrobiliśmy, prawda? — zapytał smutno, po czym puścił moją dłoń.

Zawahałam się przez moment i w ostatniej chwili złapałam go za nadgarstek, widząc, że zbiera się do wyjścia.

— To nie tak — odparłam niepewnie. — Nie żałuję. Tylko… — Westchnęłam i wstałam na nogi, by móc dotknąć jego policzka. — Bardzo mi na tobie zależy, ale pogubiłam się w tym, co jest między nami. To wszystko jest dla mnie strasznie skomplikowane.

— Zależy ci na mnie? — Spojrzał na mnie z kolejnym głupkowatym uśmiechem, który tym razem odwzajemniłam nieśmiało. — Na Merlina, a już byłem przygotowany, że znów dasz mi po gębie.

Przytulił mnie do siebie i poczułam jego oddech na swojej szyi. Zadrżałam, lecz nie odsunęłam się. Zbyt długo czekałam na ten moment. Odchyliłam się delikatnie do tyłu, by móc spojrzeć mu w oczy i kiedy nasze usta powoli zbliżały się do siebie…

— Rogaczu, tu jesteś! — zawołał triumfalnie Black, bezceremonialnie wtarabaniając nam się do przedziału. — Siema, Evans. Nie przerywajcie sobie gołąbeczki, ja poczekam — rzekł i rzucił się na jedno z siedzeń.

James zrobił minę, jakby wewnętrznie liczył do dziesięciu, po czym powoli odsunął się ode mnie i spiorunował Syriusza wzrokiem. W tym samym momencie do przedziału wpadli Peter i Remus. Obaj mieli niepewne miny, jakby doskonale wiedzieli, co niemal zaszło między mną a Potterem.

— Przepraszam, James — powiedział po chwili Remus. — Próbowaliśmy go zatrzymać, ale uparł się i…

— W porządku — przerwał mu niecierpliwie James i westchnął głośno, kierując spojrzenie na mnie. — Skończymy później, w porządku?

Uśmiechnęłam się i skinęłam głową. Chłopak przez moment wyglądał na niezdecydowanego, w końcu jednak chwycił Blacka za szatę i mało delikatnie wyciągnął go z przedziału. Remus rzucił mi przepraszający uśmiech, po czym razem z Peterem ruszyli za przyjaciółmi. Drzwi przedziału zamknęły się za nimi.

Reszta podróży zapowiadała się spokojnie. Oczywiście do czasu. Zdążyłam już na dobre pogrążyć się w lekturze mugolskiego kryminału i spędziłam w ten sposób większą część drogi, kiedy niespodziewanie na korytarzu zrobił się straszny zamęt. Odczekałam kilka chwil, mając nadzieję, że zajmie się tym któryś z Prefektów, jednak okazało się, że nikt jakoś się do tego nie pali. Zmarszczyłam brwi, odłożyłam książkę i wyszłam na korytarz, gdzie zebrał się mały tłumek gapiów, głównie pierwszorocznych.

Przepchnęłam się na sam przód, co wcale nie było takie łatwe, biorąc pod uwagę fakt, że byliśmy w ciasnym, pędzącym pociągu. Na miłość Merlina, byłam pewna, że z rozkoszą skrzywdzę sprawców tego widowiska, zwłaszcza, jeśli byli nimi Huncwoci.

— Co tu się dzieje?! — warknęłam i kątem oka dostrzegłam, że kilku pierwszorocznych czmychnęło chyłkiem do przedziałów. Nie zwróciłam jednak na to uwagi. Skupiłam się za to za Syriuszu i Regulusie, którzy wpatrywali się w siebie z nieskrywaną nienawiścią i różdżkami skierowanymi na siebie nawzajem.

— Nie twój interes, Evans — syknął Syriusz, nie zaszczycając mnie spojrzeniem.

Z niepokojem zauważyłam, że z jego nosa leci krew. Nie dałam się spławić jego słowami.

— Dobra, widowisko — zwróciłam się do tych, którzy wciąż gapili się z otwartymi gębami. — Macie trzy sekundy, żeby się rozejść. Potem zacznę załatwiać wszystkim szlabany!

Zadziałało. Kilka chwil później zostałam sam na sam z braćmi Black. Zlustrowałam ich spojrzeniami i z irytacją dostrzegłam, że wciąż mierzą w siebie.

— Okej, który wyjaśni mi, co wy, na Merlina, wyprawiacie? — zapytałam, zakładając ręce na piersi.

— Spieprzaj, Evans, bo jak nie tykam dziewczyn, tak w tym momencie nie ręczę za siebie — warknął Syriusz, tym razem patrząc na mnie z prawdziwą złością.

Regulus wyglądał, jakby chciał coś odwarknąć, jednak ubiegłam go.

— Tkniesz mnie Black, a przysięgam, że nigdy więcej nie pójdziesz nikim do łóżka! A teraz opuśćcie te różdżki! Zachowujecie się jak dzieci! Naprawdę musicie robić awanturę na pół pociągu? Obaj macie natychmiast wrócić do przedziałów! Jak tylko będziemy w zamku, idę prosto do McGonagall, jasne?

Żaden z nich nie wyglądał na przejętego moją groźbą, więc szybkim zaklęciem wytrąciłam im z dłoni różki i złapałam je zgrabnie w dłoń. Dopiero to ich otrzeźwiło. Regulus, który do tej pory stał do mnie plecami, odwrócił się w moją stronę.

— On ma rację, Królewno. To nie twój interes. Nie potrzebujemy niańki, a tym bardziej…

— Chyba jednak potrzebujecie! — krzyknęłam, czując, że kończy mi się cierpliwość. — W tej chwili zejdź mi z oczu, Regulusie Black, bo aktualnie mam wielką ochotę kogoś przekląć i wszystko mi mówi, że ani ty, ani twój piekielny brat nie wyjdziecie na tym dobrze!

Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, jednak w ostatniej chwili zacisnął usta i wyminął mnie ze złością.

— Różdżka będzie czekać u McGonagall! — zawołałam za nim i odwróciłam się w stronę Syriusza, którego mina nieco złagodniała. — Chodź, upewnię się, że Lupin będzie miał na ciebie oko…


Po przyjeździe miała miejsce uczta powitalna. Złość zdążyła mi już przejść, jednak wciąż miałam paskudny humor. Grzebałam bez apetytu w talerzu, myśląc ponuro o moich za małych spodniach. Chyba nadszedł czas, by nieco o siebie zadbać.

— Lily, możesz podać mi miskę z frytkami? — zapytał Potter i wszyscy rzucili mu spojrzenia pełne niedowierzania.

— To już twoja czwarta dokładka — mruknął nieśmiało Peter, lecz jego przyjaciel tylko beztrosko wzruszył ramionami.

— Głodny jestem — odparł, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na śmiecie.

No tak. Przynajmniej on nie ma podobnych zmartwień. Kręcąc z lekkim uśmiechem głową, podałam mu to, o co prosił.

— No to jak wam minęły święta? — zagadnęła wesoło Dorcas. — Lupin, ty pierwszy.

Remus wynurzył nos zza książki i z lekkim rumieńcem posłał mojej przyjaciółce nieśmiały uśmiech.

— Właściwie nie ma o czym mówić. Byłem z tatą w Hiszpanii, na Teneryfie. Ładne miejsce, ale nic ciekawego się nie działo.

— To wyjaśnia tą opaleniznę — wtrąciłam, szturchając go żartobliwie. — Prawdziwy z pana przystojniak, panie Lupin.

Chłopak spalił się już do końca, jednak w jego oczach wciąż błyszczało rozbawienie.

— Do mnie w tym roku zjechała się cała rodzina i naprawdę sporo się wydarzyło — rzekł po chwili Peter, przyglądając się Meadowes z uwielbieniem.

Z trudem ukryłam ukryłam uśmiech i pociągnęłam łyk wody. Mina Dorcas jasno mówiła, co sądzi o podrywach naszego kolegi. Zazwyczaj było nieco żal Petera, jednak w momentach takich jak ten, cała sytuacja bardziej mnie bawiła. I chyba nie tylko mnie, bo Remus podejrzanie szybko znów ukrył się za książką.

— Lily, czy wspominałem już jak piękną kobietą jesteś? — wypalił niespodziewanie Black, podczas gdy Dorcas, chcąc nie chcąc, słuchała opowieści Glizdogona.

Uniosłam kpiąco brew.

— Nie musisz się podlizywać, i tak idę do McGonagall — powiedziałam sucho.

Syriusz nieco spoważniał i spojrzał na mnie z niemą prośbą.

— Nie wiesz, o co poszło.

— Nic mnie to nie obchodzi. Mogliście zrobić krzywdę i sobie, i tym, którzy obserwowali tę scenę. Mam dość twojego szczeniackiego zachowania, Black i tym razem…

— To nie była moja wina, okej? — przerwał mi ze zmarszczonymi mocno brwiami. — Zawsze musisz zakładać, że to ja jestem tym nieodpowiedzialnym?!

— Nigdy nie dałeś mi powodu, bym mogła myśleć inaczej.

— To… Cholera jasna, Evans, nie masz bladego pojęcia, jaki jest mój brat! Kompletnie go nie znasz! Myślisz, że go znasz? Smutne, bo gówno o nim wiesz! To przesycony złem gnojek, który z dumą zostanie Śmierciożercą. Z dumą będzie zabijał takich jak ty!

— Wiesz co jest smutne?! — zawołałam, podnosząc się na nogi. — Że można żyć z kimś całe życie i nie mieć o nim bladego pojęcia! Nic nie wiesz o własnym bracie! Mdli mnie na twój widok, Black!

Wybiegłam z Wielkiej Sali, mgliście rejestrując, że połowa osób gapi się na mnie nachalnie. Czułam, że jeszcze moment i kompletnie stracę nad sobą panowanie. Ledwo wydostałam się z pomieszczenia i poczułam na policzkach gorące łzy. Nie chciałam wierzyć w słowa Syriusza, choć jakaś część mnie wiedziała, że może mieć rację. Dużo się słyszało o Blackach. Nie mieli dobrej opinii wśród przeciwników Voldemorta. Mimo wszystko w ciągu ostatnich kilku miesięcy zdążyłam polubić Regulusa, uznać go za przyjaciela. Dlatego też nie mogłam uwierzyć w to, co mówił Syriusz. Co mówił mój zdrowy rozsądek.