Rozdział 20 — Nie do końca tak, jak miało być

Z dedykacją dla Karoliny, której komentarz zmotywował mnie do napisania tego rozdziału. Dziękuję :)

* * *

Rozdział 20 — Nie do końca tak, jak miało być

 „You’ve turned the right to wrong. It’s getting hard to breathe now.” — Boyce Avenue (When the Lights Die)

 Dopiero następnego dnia rano dotarło do mnie, że mój szlaban koliduje z randką, na którą byłam umówiona z Potterem. Nie komentujmy mojego zapłonu; nigdy nie był wybitnie dobry. Cóż, niektórzy rodzą się bez urody, inni bez inteligencji – mnie najwyraźniej brakuje i tego, i tego. No ale w życiu nie można mieć wszystkiego, więc postanowiłam się nie załamywać moim brakiem ogarnięcia. Szlaban był już jednak zupełnie inną sprawą i cały ranek w duchu użalałam się nad sobą i myślałam o najbardziej brutalnych sposobach, by zamordować Blacka, którego o dziwo (nie, żebym narzekała…) zabrakło na śniadaniu.

Co ci zrobiła ta jajecznica? — zapytała Dorcas, kiedy podczas śniadania co chwilę znęcałam się nad jedzeniem za pomocą widelca.

Nie byłam specjalnie głodna, a wizja spodni, których kilka dni temu nie mogłam dopiąć, jeszcze bardziej odbierała mi apetyt. Już od jakiegoś czasu myślałam o jakiejś porządnej zdrowej diecie, lecz paskudny humor sprawiał, że wciąż to odkładałam i w zamian coraz bardziej pogarszałam swoje nawyki żywieniowe.

Odwal się — burknęłam ponuro.

Dziewczyna podniosła ręce w obronnym geście i zrobiła minę z cyklu „już milczę, tylko nie strzelaj”. Westchnęłam, prawie od razu odczuwając wyrzuty sumienia. Ostatnio nie poświęcałam dziewczynie za dużo uwagi, a teraz traktowałam ją, jakby moje idiotyczne zachowanie było jej winą.

Przepraszam, mam paskudny nastrój.

Widzę właśnie — odparła z lekką urazą, jednocześnie bacznie mnie obserwując. — Co cię ugryzło, Lilka?

Rozejrzałam się, by sprawdzić, czy obiekt moich rozmyślań nie siedzi gdzieś obok. Dopiero wtedy znów spojrzałam na Meadowes.

Umówiłam się z Potterem — rzekłam niechętnie, przygotowując się na tyradę pod tytułem „mówiłam, że to się tak skończy”, lecz o dziwo ta nie nadeszła. Spojrzałam na Dorcas.

Czekam na puentę. Randka chyba nie wywołuje w tobie morderczych skłonności, co?

Nie, nie wywołuje. Poza tym i tak się na nią nie wybieram.

Dziewczyna zrobiła zdziwioną minę, po czym pociągnęła zdrowy łyk soku dyniowego.

Szybko zmieniasz zdanie, wiesz?

Wielkie dzięki, ale tym razem to nie moja wina. McGonagall mnie uziemiła, pamiętasz?

Dorcas prychnęła, sięgając po kolejnego tosta. Zobaczyłam w jej oczach lekki ślad urazy.

Jakbyś mnie nie ignorowała, to może nie zarobiłabyś szlabanu.

Zacisnęłam usta, choć w duchu wiedziałam, że ma rację. Odłożyłam widelec na bok i nalałam sobie do szklanki wody. Napiłam się i położyłam ją z powrotem na stół.

Gadałaś już z Potterem? — spytała nagle Meadowes.

Cholera! — zaklęłam. — Kompletnie o tym nie pomyślałam.

Spojrzała na mnie z politowaniem.

Ale pamiętasz, że w randce biorą udział dwie osoby, no nie? — rzuciła złośliwie.

Odwal się — powtórzyłam i rozejrzałam się za rozczochrańcem.

Niestety albo stety, podobnie jak kilka chwil temu, nie było go w Wielkiej Sali. Nie byłam pewna, jak mam mu powiedzieć, że musimy odwołać randkę, na którą, miałam nadzieję, czekał tak samo niecierpliwie jak ja, więc odetchnęłam z ulgą na myśl o tym, że mam jeszcze trochę czasu na konfrontację z nim.

Chodź, potem z nim pogadasz. Musimy iść na zajęcia — stwierdziła moja przyjaciółka, chwytając z podłogi swoją torbę i przerzucając ją przez ramię.


Ku mojemu zaskoczeniu, żaden z Huncwotów nie pojawił się na zajęciach. Nieciężko było dojść do wniosku, że coś knują, lecz zdziwił mnie fakt, że żaden z nauczycieli nie pytał o powód ich nieobecności, nawet McGonagall, której Black dzień wcześniej tak się naraził. Rozmyślałam nad tym niemal na każdej godzinie i odliczałam czas do ostatniego dzwonka, który pozwoli mi wyruszyć na poszukiwanie Pottera.

Ostatecznie wpadłam na niego, kiedy po zajęciach weszłam na Pokoju Wspólnego, by odłożyć torbę z książkami, która ważyła więcej ode mnie samej. Dosłownie wpadłam i to dość boleśnie. Cóż, boleśnie dla niego, bo to ja i moja torba go przygniotłyśmy. Więc tak sobie na nim leżałam, próbując ogarnąć, co się właśnie stało i być może byłoby to całkiem romantyczne (wiecie, dziewczyna wpada na chłopaka, przewracają się, nagle patrzą sobie w oczy i bum, zatrzymuje się czas i… i w ogóle), gdyby nie fakt, że najwyraźniej całkiem mocno go poturbowałam i miał na twarzy całkiem wyraźny grymas bólu. Podniosłam się z niego jak najszybciej, kiedy już zrozumiałam ten fakt i z rumieńcem pomogłam mu wstać.

Skoro już kandydowałaś do drużyny — powiedział, rozcierając sobie ramię, na które upadł — to powinnaś się ubiegać o pozycję Pałkarza. Taka mała, ale krzepę ma…

Bardzo śmieszne — mruknęłam i odgarnęłam włosy do tyłu.

Właściwie, to dobrze, że mnie stratowałaś. Znaczy mogłaś to zrobić nieco delikatniej – a najlepiej wcale – ale szukałem cię.

Tak?

Chodzi o sobotę. — Przeczesał ręką włosy tym znajomym, irytującym gestem. — Nie dam rady — wypalił.

Och — wymsknęło mi się wbrew mojej woli. — Okej.

Mimo że miałam mu powiedzieć dokładnie to samo, poczułam ostrą nutę rozczarowania. I nagle uderzył we mnie z całej siły fakt, że chłopak najprawdopodobniej zmienił zdanie i słowa „Nie dam rady” są próbą łagodnego powiedzenia mi tego. Zaklęłam szpetnie w myślach i miałam nadzieję, że na mojej twarzy nie widać tych wszystkich emocji, które w tym momencie odczuwałam.

Nie gniewasz się? — zapytał niepewnie, patrząc na mnie uważnie.

Nie, no co ty? — odparłam, wymuszając uśmiech. Przyszło mi to z nietypowym trudem, lecz, dzięki Merlinowi, nie zbierało mi się na płacz.

Może moglibyśmy…

Nie mów tego, myślałam rozpaczliwie. Tylko nie mów, że możemy być przyjaciółmi!

Rogaczu! — zawołał niespodziewanie Peter, który nie wiadomo skąd wziął się tuż obok nas.

Podskoczyłam, a James odchrząknął niezręcznie, znów przeczesując włosy.

Sorry, Evans. Muszę iść. Na pewno wszystko okej? — spytał z czymś, co jeszcze kilka minut temu wzięłabym za troskę.

Jasne. Idź, to chyba coś ważnego — odparłam, patrząc znacząco na Petera, który przestępował niecierpliwie z nogi na nogę.

Uśmiechnął się do mnie z wyraźną ulgą i przez chwilę zastanawiałam się, czy sądził, że będę się zachowywać jak rozhisteryzowana naiwniaczka, z którą właśnie zerwał, że urządzę mu łzawą awanturę, po której nie będzie mógł spojrzeć w oczy połowie naszego domu. Prychnęłam głośno, kiedy chłopak zniknął za wyjściem z Pokoju Wspólnego.

Niech spada — mruknęłam cicho, ale zdecydowanie brakowało w tym przekonania.

Opadłam na kanapę obok jakiejś młodszej dziewczyny, która posłała mi niepewny uśmiech i na powrót wbiła spojrzenie w książkę do numerologi. Wpatrywałam się przez moment w trzaskający wesoło kominek. Biło od niego przyjemne ciepło i mimowolnie wyciągnęłam w jego kierunku zmarznięte ręce. Nie byłam pewna, co właściwie czuję. Rozczarowanie? Z całą pewnością. Chyba byłam też nieco zła, ale przede wszystkim przytłaczał mnie ogromny smutek.

Hej, Lily. Z racji, że jesteś najlepsza z eliksirów, to zwracam się do siebie. — Frank uśmiechnął się do mnie przyjacielsko i zajął miejsce w fotelu obok kanapy. — Wytłumaczysz mi, proszę, ostatni temat. Chyba nie do końca go rozumiem, a Slughorn powiedział, że bez pozytywnej oceny z niego mogę pomarzyć o OWTM-ach.

Wysiliłam się na uśmiech i wzięłam z ręki chłopaka książkę. Rzuciłam okiem na temat.

To akurat jest całkiem łatwe, powinnam dać radę ci to wyjaśnić — powiedziałam, dochodząc do wniosku, że oderwanie myśli od Pottera dobrze mi zrobi.

Jesteś aniołem.

Bzdura, ale dziękuję.

Myślałaś już, co chcesz robić po Hogwarcie? Pewnie coś związanego z eliksirami, co?

A ty pewnie coś związanego z obroną?

Uśmiechnął się i pokiwał głową.

Dobra, powiedz mi, czego konkretnie nie rozumiesz, a ja spróbuję ci to wytłumaczyć.


Większą część września spędziłam na unikaniu Alicji, która zawzięcie próbowała mnie z kimś zeswatać. Ostatnie dwa dni z kolei ukrywałam się z Dorcas, która chciała się dowiedzieć, co się stało i dlaczego tak mnie to przybiło. Niestety z racji, że z zajęć zmyć się nie mogłam (to znaczy mogłam, ale McGonagall miała inne zdanie na ten temat), to wychodziło mi to dość marnie. Moja przyjaciółka nawet na lekcji bombardowała mnie pytaniami, na które nie umiałam i nie chciałam odpowiedzieć.

Przez resztę tygodnia James i Syriusz ani razu nie pojawili się ani na posiłku, ani na zajęciach. Mogłam zapytać o to Remusa czy Petera, lecz jakoś nie miałam na to ochoty. Udawałam więc, że nic się nie stało, spławiałam Dorcas, a popołudnia spędzałam w bibliotece, gdzie dziewczyna okazjonalnie pojawiała się w okresie egzaminów. Nie chciałam robić wielkiej tajemnicy z faktu, że Potter dał mi kosza, lecz perspektywa opowiedzenia o tym komuś napawała mnie uczuciem wstydu i upokorzenia. Cóż, z pewnością nie wpłynęło to pozytywnie na moją samoocenę, a już tym bardziej na nawyki żywieniowe, nad którymi powoli przestawałam tracić kontrolę. Wciąż jednak nie zapaliła mi się żadna czerwona lampka w głowie.

Sobota przyszła szybciej niż bym się tego spodziewała. Wstałam trzydzieści minut przed godziną, na którą umówiona byłam z profesorką, kompletnie nie przejmując się faktem, że ominęło mnie śniadanie. Ubrałam się powoli, wciąż padnięta po tym, jak w nocy odrabiałam zadania domowe na cały tydzień. Alicji i Dorcas już nie było w łóżkach, jednak Marie i Kate wciąż smacznie spały. A tak przynajmniej sądziłam, dopóki głowa Davies nie wynurzyła się spod kołdry.

A ty dokąd o tej godzinie? — spytała, nieco bełkocząc z powodu zaspania.

Jest prawie dwunasta, Marie. A ja mam szlaban u McGonagall.

O nie — jęknęła dziewczyna, wygrzebując się niezdarnie z łóżka. — Mam szlaban u starego Ślimaka. Zabije mnie, jak się znów spóźnię. Na Merlina, po co ja wybrałam kontynuowanie eliksirów?

Założyłam gumkę na włosy, która powstrzymała mojego lichego warkocza przed rozpadnięciem się i ruszyłam do wyjścia, wcześniej włożywszy do kieszeni różdżkę.

Śniadanie już się kończy, moja droga, lepiej się pospiesz — poinstruowała mnie Gruba Dama, kiedy opuściłam Pokój Wspólny.

Nie idę na śniadanie. Mam szlaban u profesor McGonagall.

Kobieta zaśmiała się, kręcąc z niedowierzaniem głową.

Koniec świata! Lily Evans dostała szlaban!

Do gabinetu kobiety dotarłam idealnie na czas. Poprawiłam szatę i zapukałam grzecznie do drzwi, przybierając jak najbardziej skruszony wyraz twarzy. Nie żebym żałowała tego, co powiedziałam Blackowi, no ale wiecie – reputacja.

Proszę — odparła głośno kobieta i nacisnęłam klamkę.

Dzień dobry, pani profesor.

Dzień dobry, Evans. Siadaj.

Więc usiadłam, patrząc na pióro, pergamin i kałamarz, które leżały przede mną.

Z racji, że zachowałaś się jak dziecko, tak właśnie zostaniesz ukarana. Napiszesz tysiąc razy „Nie będę przeszkadzać w prowadzeniu lekcji, zachowując się niestosownie do swojego wieku.”. Możesz zacząć. Masz na to cały dzisiejszy i jutrzejszy dzień. Od ciebie zależy, kiedy skończyć. Jeśli tego nie zrobisz, spotkamy się ponownie w następny weekend. Do dzieła, panno Evans.

Nie powinnam zaczekać na Blacka? To chyba będzie bardziej sprawiedliwe, jeśli zaczniemy równocześnie — stwierdziłam wbrew sobie, lecz moje poczucie przyzwoitości nagle dało o sobie znać.

Kobieta posłała mi długie, taksujące spojrzenie.

Syriusz odrobi swój szlaban w innym terminie — powiedziała w końcu.

Coś się stało? — spytałam, zbita z tropu, myśląc jednocześnie, o ostatniej nieobecności chłopaka. Black zniknął jak kamfora.

Nie mnie powinnaś o to pytać, moja droga. Możesz zapytać Syriusza, kiedy wróci do szkoły, lecz prosiłabym, żebyś na niego nie naciskała. Ani na niego, ani na drugiego z braci Black. Rozumiemy się?

Skinęłam otępiale głową, a w moim umyśle powoli tworzyły się najczarniejsze wizje. Musicie wiedzieć, że czego jak czego, ale kreatywności mi nie brakuje. Zabrałam się z ociąganiem do pisania, wciąż nie mogąc się pozbyć z głowy Blacka. Nagle przypomniały mi się ostatnie słowa Regulusa i przygryzłam mocno wargę. Nie, jeśli rodzice mieliby mu coś zrobić, zrobiliby to w święta; w Hogwarcie był dla nich niemal nietykalny.

Bo tak mało to jest klątw czy trucizn z opóźnionym działaniem, wyszeptał złośliwie jakiś głosik w mojej głowie. Sama nie wiem, kiedy zaczęłam wymieniać wszystkie znane mi eliksiry, które mogłyby zacząć działać po takim odstępie czasu.

Przed wieczorem udało mi się skończyć całą swoją karę, choć przypłaciłam to niesamowitym bólem w dłoni. Podziękowałam sobie w duchu, że dzień wcześniej odrobiłam wszystkie zadania domowe, bo nie sądziłam, żebym przed poniedziałkiem była w stanie chwycić pióro.

Pani profesor? — zapytałam, kiedy już stałam przy drzwiach.

Tak, panno Evans?

Syriusz… Nic mu nie jest, prawda?

Nie — odparła i odetchnęłam z ulgą. — Jest cały i zdrowy.

Cóż, w takim razie przynajmniej Blacka mogłam wykreślić ze swojej listy zmartwień. Nie zmieniało to jednak faktu, że wciąż była ona niebezpiecznie długa.