Rozdział 16 — Napięcie

Rozdział 16 — Napięcie

 Popatrz mi w oczy, a zobaczysz, co dla mnie znaczysz. Przeszukaj swoje serce, przeszukaj swoją duszę i gdy mnie tam znajdziesz, nie szukaj więcej. Nie mów mi, że nie warto próbować. Nie możesz mówić, że nie warto za to umrzeć. Wiesz, że to prawda. Wszystko, co robię, robię dla ciebie.” — Bryan Adams

Oderwałam się od niego i niemal natychmiast, jak grom z jasnego nieba, uderzył we mnie zdrowy rozsądek (o tak, posiadam go, chociaż… w porządku, nie było tematu…). Odsunęłam się, oddychając ciężko i wpatrując się w niego uważnie. Uśmiechał się lekko i również miał problemy ze złapaniem oddechu, jednak zdawało się, że tylko mnie dopadły wątpliwości co do słuszności tego, co właśnie zrobiliśmy. Musiał dostrzec coś w moim wyrazie twarzy, bo uśmiech i zadowolenie powoli zniknęły, a zastąpiło je zmartwienie.

Co jest, Lily? — zapytał, marszcząc brwi i mogłabym przysiąc, że w jego głosie zabrzmiała głęboka nuta irytacji.

N-Nic — odparłam, po czym zrobiłam krok w stronę wyjścia z naszej kryjówki. — To… To było głupie. Bardzo głupie. Przepraszam.

Sama nie wiedziałam, co we mnie wstąpiło. To James wyszedł z inicjatywą, ale ja bardzo chętnie ją zaakceptowałam i cieszyłam się tym pocałunkiem jak dawno niczym. Nie miałam pojęcia, dlaczego zachowuję się jak ostatnia idiotka i robię ostatnią rzecz, na jaką mam ochotę, jednak mój mózg i nogi wcale nie potrzebowały tej wiedzy. Ruszyłam biegiem przez ciemny korytarz, w duchu modląc się, by nie spotkać woźnego. Moja eskapada nie trwała. Kilka chwil później poczułam, że czyjeś silne dłonie przyszpilają mnie do ściany i ku swojemu niezadowoleniu musiałam stawić czoła porządnie wkurzonej ofierze moich szalejących hormonów.

Jaki jest twój problem, Evans? — syknął, przytrzymując mnie, kiedy spróbowałam się wyrwać.

Nie mam żadnego problemu, Potter. Puszczaj!

Mowy nie ma! Praktycznie się tam na mnie rzuciłaś, a teraz znów wracamy do punktu wyjścia? Chciałabyś! Wyjaśnimy sobie wszystko tu i teraz!

Nie ma co wyjaśniać! — warknęłam, czując, jak wzbiera we mnie złość.

Wręcz przeciwnie! Zachowujesz się jak rozpieszczona pięciolatka, która nie wie, czego chce, Evans!

Na szczęście mamy ciebie, Potter! Ty świetnie wiesz, czego chcesz, prawda?!

Żebyś wiedziała! — zawołał ze złością.

Oboje oddychaliśmy ciężko i staliśmy tak blisko siebie, że wyraźnie mogłam poczuć jego silny zapach. Patrzył mi prosto w oczy – miał naprawdę niezwykłe spojrzenie. Pełne jakiegoś dzikiego ognia i buntowniczości. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego u mężczyzny.

Nie pytajcie mnie, co kierowało mną w tamtej chwili, bo sama tego nie wiem. Jestem tylko świadoma faktu, że w jednej chwili patrzyliśmy na siebie ze wściekłością, a w drugiej już całowałam go bez opamiętania, bez najmniejszej nuty delikatności i bez grama subtelności. Wcześniej określenie „napięcie seksualne” tylko obijało mi się o uszy, jednak w tamtym momencie mogłabym przysiąc, że to właśnie było między nami od jakiegoś czasu. I nagle wszystkie tamy pękły, a my straciliśmy zahamowania.


Obudziłam się następnego dnia, nie do końca zdając sobie sprawę, gdzie się znajduję, jednak wspomnienia poprzedniej nocy szybko zaczęły do mnie wracać i z nagłym przerażeniem zdałam sobie sprawę, że leżę w ramionach bardzo nagiego Jamesa Pottera. Chłopak wciąż spał spokojnie, a ja przytulona byłam do jego piersi. Nagiej piersi. Podniosłam się ostrożnie i spojrzałam na zegarek stojący tuż obok łóżka. Szósta rano. Świetnie. Rozejrzałam się po Pokoju Życzeń w poszukiwaniu moich ubrań i niemal od razu oblałam się rumieńcem na myśl o tym, jak kilka godzin wcześniej pozbywaliśmy się ich w pośpiechu. Wzięłam głęboki oddech. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałam był atak paniki. Zresztą to nie tak, że poszłam do łóżka z nieznajomym, prawda? Do diabła, zrobiłam coś dużo gorszego! Poszłam do łóżka z Jamesem Potterem!

Ubrałam się w pośpiechu, jednocześnie ciesząc się, że byliśmy na tyle inteligentni, by pomyśleć o zabezpieczeniu. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby do wszystkiego doszło ryzyko ciąży.

Kiedy weszłam do dormitorium, ku litości Merlina, wszyscy jeszcze spali. Natychmiast chwyciłam, przygotowane dzień wcześniej na wyjazd, ciuchy i zamknęłam się w toalecie. Kąpiel zawsze pomagała mi pozbierać myśli. Przejechałam dłonią po moich długich włosach i usiadłam na ziemi, czekając, aż wanna napełni się wodą. Nie wiedziałam, co myśleć. Z całą pewnością nie zamierzałam zalewać się łzami, co to, to nie! Dzień wcześniej podjęłam racjonalną (mhm) decyzję i musiałam zaakceptować jej skutki. James do niczego mnie nie zmusił; ba, byłam wystarczająco chętna. Nie byłam też pijana ani odurzona żadnymi lekami. Zwyczajnie w świecie przespałam się z chłopakiem – to chyba normalne, biorąc pod uwagę, że jestem dojrzewającą, a do tego zakochaną(?) dziewczyną. No i to nie tak, że nikt z mojego roku do tej pory tego nie robił. O ba! Byłam jedną z niewielu, które nie miały jeszcze tego za sobą. Nie zmieniało to jednak faktu, że seks przysparzał dodatkowych komplikacji w relacji Ja – James.

Rozebrałam się nieśpiesznie i zanurzyłam ciało w wannie z gorącą wodą. Niemal od razu poczułam, jak moje mięśnie się rozluźniają. Pomyślałby kto, że po ostatniej nocy będę obolała, jednak nic podobnego nie miało miejsca. James był naprawdę delikatny i w tej kwestii mimowolnie czułam do niego wdzięczność. To nie był pierwszy raz, na jaki liczyłam, jednak też nie taki, którego będę żałować do końca życia.


Kochałam święta. Był to dla mnie czas prawdziwie rodzinny i szczęśliwy. Jednak rzeczą, którą lubiłam jeszcze bardziej, były świąteczne zakupy. Co roku wszyscy razem – ja, mama, tata i Petunia – jechaliśmy do centrum handlowego i spędzaliśmy tam ładnych kilka godzin. W pewnym momencie rozdzielaliśmy się, tak, by móc kupić prezenty sobie nawzajem. W tym roku nic nie wskazywało na to, by miało być inaczej, choć wiedziałam, że muszę się zaopatrzyć w kilka prezentów więcej. Kto by pomyślał, że będę musiała kupić coś dla Jamesa czy Regulusa? Płaciłam akurat za perfumy dla tego drugiego, kiedy przyszła mi do głowy pewna myśl. Black… To znaczy Syriusz, mógł być wrednym gnojkiem i mieć prawdziwy talent do wyprowadzania mnie z równowagi, jednak – o zgrozo – uderzył we mnie fakt, że darzę go sym… No dobra, nie posuwajmy się aż tak daleko. W każdym razie tolerowałam go, a skoro i tak kupowałam prezent dla każdego z Huncwotów, to dość niezręcznie byłoby go pominąć. Z niezbyt zadowoloną miną poprosiłam więc kasjerkę o radę i po kilku chwilach wydałam dwa razy więcej, niż początkowo zamierzałam. Mimo wszystko czułam na sercu dziwne ciepło. Z lekkim uśmiechem opuściłam sklep. Do kupienia miałam jeszcze tylko prezent dla Jamesa. Jakoś nie dziwiło mnie, że z tym będę miała największy problem.

Z rezygnacją rozejrzałam się dookoła, lecz dziki tłum ludzi i masa krzyczących dzieci niewiele mi pomogły. Chciałam, żeby mój prezent był wyjątkowy, a jednocześnie nie mogłam przesadzić. Ostatecznie James wciąż (chyba) nie był moim chłopakiem i tak naprawdę nic sobie nie wyjaśniliśmy. Westchnęłam i miałam właśnie rozejrzeć się za tatą, by poprosić go o radę, kiedy to usłyszałam. Dziesiątki… Nie, setki głośnych dźwięków aportacji. Moje oczy rozszerzyły się gwałtownie, a dłoń automatycznie sięgnęła po różdżkę. Niemal natychmiast musiałam jej użyć, by obronić się przed zaklęciem postaci ubranej w długą, czarną szatę. Niewiele pamiętam z samej walki. Wiem tylko, że kolejne minuty wypełnione były chaosem i bólem zaklęć, których nie potrafiłam odpowiednio szybko odbić. I strachem. O własne życie, o życie Petunii, mamy i taty. Nim przybyli Aurorzy musiała minąć dobra godzina, może więcej. Nim to się stało, połowa ludzi, będących w tym czasie w centrum handlowym, była martwa.

Jak w transie chodziłam i szukałam moich najbliższych. Walka się skończyła, lecz pozostał strach. Musiałam ich znaleźć, a jednocześnie wciąż musiałam zapewniać kogoś, że nie potrzebne mi zaklęcie czyszczące pamięć, gdyż jestem jedną z nich. W końcu wpadłam na oszołomioną Petunię. Sukienka i rajstopy, które tak świetnie podkreślały wszystkie zalety jej ciała, były teraz podarte, a w pewnych miejscach też zakrwawione. Mimo to okazało się, że nie stało się jej nic poważniejszego. Kilkanaście minut później miałam się dowiedzieć, że moja mama nie miała tyle szczęścia.


W naszym domu święta zawsze obchodzone były w ciepłej i radosnej atmosferze. Dopiero po jej odejściu uświadomiłam sobie, że to mama tak świetnie o to dbała. Myślę, że cała nasza trójka nie do końca zaakceptowała wtedy zaistniałą sytuację, choć pogrzeb był wyjątkowo świeżym wydarzeniem w naszej pamięci. Siedzieliśmy przy stole, niemrawo grzebiąc widelcami w jedzeniu. Atmosfera była chłodna i napięta i jakby ku większej ironii w tle brzmiały delikatne dźwięki kolęd z radia. Nie miałam ochoty nic jeść, na sam widok jedzenia dostawałam mdłości, jednak surowe spojrzenie taty jasno mówiło, że nie mam prawa odejść od stołu. Od śmierci mamy coś było z nim zdecydowanie nie tak. Świadomość, że za każdym razem, gdy na mnie patrzy, w jego oczach pojawia się nieme oskarżenie, raniła niczym nóż. Petunia nie miała jednak podobnych obiekcji. Po początkowym szoku przyszła złość i ogromna kłótnia między nami, w której z zimną wściekłością wykrzyczała, kto jest winny śmierci mamy. Tata nie odezwał się wtedy ani słowem i czułam, że podświadomie i on wini mnie, a i bez wyrzutów innych czułam się wystarczająco źle sama ze sobą. Świat, do którego należałam niszczył życie i mojej rodziny.

Niespodziewanie wstałam od stołu i, nie przejmując się wołaniem ojca, wybiegłam z pokoju. W pośpiechu ubrałam buty i zarzuciłam na ramiona płaszcz. Zima, jak przystało na Londyn nie była mroźna, więc nie miałam nic przeciw spacerowi miastem.

Kilka dni temu odwiedził mnie dyrektor i profesor McGonagall w celu złożeniu kondolencji i upewnienia się, że po świętach wrócę do szkoły. Wracałam. Teraz, kiedy mama odeszła, nie było żadnego powodu, który trzymałby mnie w domu. Przynajmniej nie dopóki tata nie da sobie spokoju z zatapianiem smutku w alkoholu. Zresztą Petunia prawdopodobnie wydrapałaby mi oczy, gdybym chciała zostać w domu na dłużej.

Po drodze zahaczyłam o plac zabaw, który znajdował się kilka ulic od mojego domu. Widać szłam dłużej, niż sądziłam i, mimo że temperatura nie była ani trochę ekstremalna, zdążyłam przemarznąć. Usiadłam na jednej z huśtawek, uprzednio wycierając siedzenie rękawem płaszcza. Dopiero kiedy huśtałam się, szurając butami o piasek, zdałam sobie sprawę, że policzki mam mokre od łez, a nieprzyjemne uczucie w piersi jest duszącym szlochem. Od pogrzebu rzadko pozwalałam sobie na łzy, ale, nie oszukujmy się, od śmierci mamy minął zaledwie tydzień. Możliwe, że odkąd dostałam się do Hogwartu widywałyśmy się znacznie rzadziej, jednak nie znaczyło to, że mniej ją kochałam. Z rodziny to z mamą zawsze miałam najlepszy kontakt. Była ona uosobieniem spokoju i empatii, zawsze potrafiła mi doradzić jak nikt inny. Świadomość, że już nigdy tego nie zrobi bolała jak diabli. Już nigdy nie będę mogła opowiedzieć jej o Jamesie, zapytać, co powinnam zrobić. Ale czy to właściwie ważne? W obliczu tego, co się stało, moje miłosne rozterki w sprawie Pottera wydawały się dziecinne i nic nieznaczące. Robiło mi się niedobrze, gdy tylko myślałam o chłopaku. Ze ściśniętym gardłem włożyłam dłoń do kieszeni spodni i wyjęłam z niej pozłacany, cienki łańcuszek z zieloną, błyszczącą zawieszką w kształcie serca. Przyszedł rano, jako jeden z prezentów świątecznych. Załączona był też malutka karteczka z nietypowo starannie napisanymi słowami:

Droga Lily!

Chcę, żebyś wiedziała, że niczego nie żałuję. Pragnę dać nam szansę, jeśli tylko ty też tego chcesz.

Z życzeniami wesołych świąt,

James Potter

Uśmiechnęłam się lekko przez łzy. Widać chłopak zdążył już zapomnieć, że podobno mam romans z Remusem. Rozbawienie szybko jednak zniknęło, zastąpione przez, wszechobecną w ostatnich dniach, melancholię. Dawniej bym się nie wahała. Bycie z Jamesem to ucieleśnienie wszystkich moich marzeń, jednak aktualnie smutek i żałoba przysłaniały mi racjonalne myślenie. Śmierć mamy była zbyt świeża i zbyt bolesna, bym mogła podjąć jakąkolwiek decyzję odnośnie Pottera.

Westchnęłam i podniosłam się z huśtawki, jednak zawahałam się, kiedy miałam schować wisiorek tam, skąd go wyjęłam. Po chwili namysłu odgarnęłam swoje długie włosy na jedno ramię i ostrożnie zapięłam łańcuszek na szyi. Dotknęłam zawieszki z czułością i, mimo łez, uśmiechnęłam się. Tym razem nie był to jednak rozbawiony uśmiech. W głębi ducha czułam, że wkrótce między mną i Jamesem zajdzie jakaś ogromna zmiana i napawało mnie to delikatnym, ostrożnym entuzjazmem. Mogłam mieć tylko nadzieję, że zmiana ta obojgu nam wyjdzie na dobre.


Kolejne dni minęły w podobnej atmosferze. Tata wciąż był zasępiony i wieczory spędzał przed albumem ze szklanką czegoś mocniejszego. Petunia wciąż mnie nienawidziła i raz na jakiś czas któraś z nas niespodziewanie wybuchała płaczem. A ja z kolei wciąż trwałam w dziwnym zawieszeniu. Ból nie ustępował, podobnie jak awersja do jedzenia, choć w tamtym momencie jeszcze mnie to nie martwiło. Problem bowiem miał się dopiero zacząć.